ZACZYNAJĄC OD MOICH ULIC wystawa fotografii w ramach Roku Miłosza. Wernisaż - 30.06.2011, godz. 19.00
"Zaczynając od moich ulic"
1 lipca-31 sierpnia 2011 r.
godz. 12.00-18.00, wtorek-niedziela (poniedziałek nieczynne)
Galeria Camelot & Galeria Fundacji Imago Mundi
ul. św. Tomasz 17, Kraków
WSTĘP WOLNY
Czterech fotografów o odmiennych wrażliwościach i pomysłach na zdjęcia, zaczęło czytać po raz kolejny Miłosza. Po raz kolejny, bo nie czytać Miłosza w Polsce, z obowiązku czy przyjemności, nie sposób. Potem ruszyli w świat, tropami jego twórczości - do USA, na Litwę, przez krajobrazy Polski, Białorusi, Włoch.
Przywieźli doskonałe obrazy oddalenia, samotności, pustki, ale też niezwykłej bliskości ze światem; napisane na nowo romantyczne pejzaże, ale też przestrzeń do bólu pragmatyczną; obrazy marzeń, błyski innego świata w pozornie oczywistym krajobrazie. Ta podróż w czterech kierunkach zaczyna się od symbolicznych „moich ulic" na Litwie, ale jej kres jest nieznany.
Czy cztery tak różne wizje składają się w spójną całość? Oczywiście - przenika je wiara w istnienie wielkiej tajemnicy, tej samej, do której przez dziesiątki lat dobijał się Czesław Miłosz. Coś jest w tych zdjęciach. Jest Coś.
Michał Olszewski
// POLSKA // WŁOCHY // Kuba Dąbrowski
Miłosz znalazł mnie między Polską a Mediolanem, w czasie przeprowadzki. Często podróżuję, ale po raz pierwszy poczułem się jak emigrant. Zobaczyłem inne światło, inny kolor nieba, inne twarze, ze świadomością, że wszystko to będzie towarzyszyć mi na dłużej.
Nie było mnie przez chwilę, lecz kiedy wracałem do Polski, wyglądała już inaczej; a może to ja byłem inny? Ani stamtąd, ani stąd, niby w każdym miejscu u siebie, ale nigdzie do końca. Obejrzałem zdjęcia z czasu przeprowadzki, i wcześniejsze: z Białorusi, Skandynawii. Ułożyły się w całość, o której dotychczas nie myślałem.
Wszędzie jak za szybą.
Moment transferu.
.jpg)

// USA // Andrzej Kramarz
"Jestem tu. Dwa te słowa zawierają wszystko, co można powiedzieć, od nich się zaczyna, do nich się wraca". Zaczynają „Widzenia nad Zatoką San Francisco". Można by na nich skończyć, a są punktem wyjścia (bo nie przewodnikiem) dla mojej wędrówki po Kalifornii. Sprawiły, że zataczając tajemniczy, nieprzewidywalny krąg od czasu, kiedy po raz pierwszy czytałem je ponad dwadzieścia lat temu, znalazłem się w San Francisco, nocą. Są powodem, dla którego o szóstej rano, jeszcze w mroku, odpalam samochód, włączam wycieraczki i ruszam w drogę, próbując zobaczyć coś, niekoniecznie konkretnego, niekoniecznie wiem co. Wschód słońca i zachód wybrzeża.
Zachłanne oczy, puste kilometry, godziny samotnej jazdy, kanapka w Drive In, kawa w 7Eleven. Mózg jest jak gąbka - nieregularna forma nasiąkająca wszystkim.
Siąpi, pada, leje. Spływające po szybach krople deszczu zmieniają kształty przedmiotów, drzew, ludzi - bez wyjątku. Dominuje świat krzywych linii i nieostrych konturów. Nic ze słonecznej Kalifornii, nici z wyobrażeń o niej.
Richmond, Albany, Oakland, Alameda, Crockett, El Ceritto, Belfast, Hercules i Stinson Beach. Santa Cruz, San Mateo, San Pablo i inne miasta świętych, bezrobotnych dzielnic, prostych dróg, szumiących freeway-ów. Obrazy przemykają przez głowę jak film na podglądzie. Jak je zrozumieć? Jak odbyć tę podróż z pomocą zaledwie kilkuset zdjęć?
.jpg)
.jpg)
.jpg)
.jpg)
// LITWA // Wojciech Nowicki
Ci, którzy do Wilna teraz przyjeżdżają, trzymają się kurczowo wydanego trzy ćwierci wieku temu przewodnika Remera, w którym tylko cuda architektury zaznaczone. Przyjeżdżają z mapkami, na których tylko ułamek tego miasta Vilnius, po którym chodzą. Chodzą, jakby nie go widzieli, bo go widzieć nie chcą; wizytują swoje sny. Patrzą na wieżowce z błękitnego szkła, i nie widzą, że nędzne były ich własne chaty.
Na wsi piasek, piaseczek, rzeki wcięte w ziemię (Neris-Wilia, Nemunas-Niemen, Nevėžis-Niewiaża), do nich wpływają strumyki, wrzynają się w glebę jak rzemień wrzyna się w ciało. W zimie śnieg wszystko uspokaja. Płasko, biało; do tego czarna woda rzek, z żółtym odcieniem. Widoczna jest tylko na zakolach, gdzie rozwala lód. Na lodzie miejscowi, siedzą na blaszanych pudłach, łowią w przeręblach ryby. „Pocoście przyjechali?", pytają, ale bez złości. Tu wieś, mało się dzieje. Chcą wiedzieć.
.jpg)
.jpg)
// LITWA // Łukasz Trzciński
Od lat, podobnie jak Miłosz przyglądam się człowiekowi przemielonemu przez miniony system w Europie Wschodniej. Tym razem jednak to nie opowieść o obywatelu wymiętym przez systemową opresję, ale najeźdźcy, który sam z siebie najeźdźcą nie chciał być, jednak w tą rolę wpasowało go mocarstwo. Najeźdźcy porzuconym w biegu historii na najechanym terytorium.
W ramach swojego odkrywania „Nowej Europy" przyglądam się rosyjskiej mniejszości, którą w latach siedemdziesiątych zasiedlono litewskie Visaginas - budowane od podstaw nuklearne miasto przyszłości sowieckiej Litwy i całego sowieckiego sojuzu.
Fotografie przedmiotów przywiezionych do krakowskiego atelier z przyblokowych ogródków i podmiejskich daczy mieszkańców miasta marzeń to nie tylko studium przedmiotu. Sączy się z nich gorzka refleksja o nieosiągalnych i niespełnionych aspiracjach konsumpcyjnych, jak i najzwyklejszej ludzkiej tęsknocie za pięknem - pomieszane z łataną doraźnością, wyuczonym od lat recyclingiem. Wyuczonym w czasach gdy nie znano jeszcze tego pojęcia, w czasach gdy nie było niczego więc wszystko stawało się czymś. W Visaginas każdy ma swoje malowane szmaragdy.
Organizator: Fundacja Imago Mundi
Partnerzy: Galeria Camelot, Kolektyw Fotografów Visavis.pl
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Projekt dofinansowano przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.
Patronat medialny:


